Szukaj na tym blogu

Archiwum Bloga

Subskrybuj przez Email

Odsłony bloga

Współtwórcy

Obserwatorzy - Google+

Obserwatorzy - Blogger

Translate

13.11.2011

Turniej Mordheim na Mad Days 2011 - Relacja!

Dawno temu opadł już bitewny pył po ostatnim większym turnieju Mordheim (Jubileuszowym w ramach "Pomarańczowej Twierdzy" w 2009 r.) i w którymś momencie wydawało się, że epoka turniejowa dobiegła już nieodwołalnie końca (wiadomo, od premiery gry minęło już prawie 11 lat; coraz mniej chętnych zarówno do gry, jak i - tym bardziej - organizacji). Tak było do momentu, kiedy mniej więcej na początku września  do mnie i Skavenblight zwrócił się Oskar "Rakso the Slayer" z propozycją, byśmy zorganizowali turniej na Mad Days - poświęconej bitewniakom imprezie powiązanej z Falkonem.

Początkowo do tej propozycji byłem nastawiony raczej sceptycznie. Raz, że po ostatnim turnieju czułem się już dość "zmęczony" i nastawiałem się raczej na to, iż nie będę się podejmował w przyszłości organizacji kolejnych tego typu imprez ;). Dwa, że mieliśmy organizować turniej gościnnie, na odległość w Lublinie, poniekąd bez kontroli nad wieloma aspektami organizacyjnymi (sala, zaplecze makietowe itp.). Pewnie bym jeszcze kilka przyczyn mojego sceptycyzmu wymienił, ale szkoda gadać już po fakcie - grunt, że dość szybko uległem namowom  Natalii - zdecydowanie mniej sceptycznej w tej kwestii.

Dalej poszło już z górki. Współpraca z Rakso układała się świetnie - raz-dwa ustaliliśmy większość istotnych szczegółów, takich jak termin, miejsce, ramy czasowe, sprawę blatów, makiet, nagród i szereg innych. Następnie przyszła pora na wymyślenie "klimatu" turnieju - w tym wypadku wybór padł jednoznacznie na "szaleństwo", co by wprost nawiązać do nazwy imprezy: "Mad Days". Wstępny pomysł szybko przekuliśmy na regulamin oraz scenariusze i pozostało jedynie czekać na dzień 11.11.2011, po drodze przyjmując zgłoszenia chętnych do udziału w turnieju.

W tym właśnie momencie zaczyna się właściwa relacja. W dzień turnieju wstaliśmy skoro świt i zgraną grupą łącznie pięciu osób pomknęliśmy pociągiem w kierunku Lublina. Po arcywesołej (zwłaszcza, gdy dotarliśmy do Puław - wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi) i bezproblemowej podróży dotarliśmy w końcu na miejsce, gdzie powitał nas Rakso i skierował do sali, w której miał się odbyć turniej. Przygotowanie blatów, rozłożenie makiet i zebranie całej ekipy zajęło nam chwilkę - turniej rozpoczęliśmy więc z pewnym opóźnieniem, dopiero o godz. 11:00, co jednak - jak się później okazało - nie niosło ze sobą żadnych negatywnych konsekwencji.

W pewnym stopniu miłym zaskoczeniem była frekwencja. Spodziewaliśmy się 10 uczestników, stawiło się 11, zagrało ostatecznie 12 (okazało się zresztą, że ze względów salowo-blatowo-makietowych było to i tak maksimum na ten turniej). Miało być oczywiście parę osób więcej, ale jak to zwykle bywa, część z nich odwołała swoją obecność jeszcze przed dniem imprezy. Pojawienie się wyżej wspomnianego jedenastego uczestnika niosło pewne konsekwencje dla mnie, jako gracza rezerwowego. Otóż zgodnie z planem, miałem - jako organizator - nie grać, a sprawować ogólną pieczę nad przebiegiem imprezy, sędziować, robić fotki i tuzin innych rzeczy. Przyznam szczerze, że z racji iż ów jedenasty uczestnik pojawił się dość niespodziewanie, nie byłem psychicznie przygotowany do gry ;), a przy tym spodziewałem się (jak się okazało, słusznie i niebezpodstawnie), że łączenie funkcji gracza i organizatora prowadzi do tego, że żadnej z nich nie spełnia się tak, jakby się tego naprawdę chciało. Co by jednak umożliwić zagranie niespodziewanemu koledze i podnieść nieco liczebność na turnieju, sięgnąłem, odrobinę niechętnie, ale jednak, po schowanych w plecaku Łowców Czarownic...

Pierwszą bitwę zagrałem z Pandą, przeciwko jego Siostrom Sigmara. Przyznam, że na myśl o tej bitwie zacierałem ręce - nie dość, że przeciwnik wielce zacny, jak na poczciwego bambusożernego łaciatego niedźwiedzia przystało ;), to jeszcze zanosiło się na bitwę "klimatyczną" i "fluffową", jakiej dawno nie miałem okazji oglądać, a tym bardziej rozgrywać: SoS vs. WH, czyli dwa nienawidzące się wzajemnie sigmaryckie stronnictwa. Scenariusz: poszukiwanie skarbu, z tym jednak urozmaiceniem, iż skarb - o czym śmiali poszukiwacze nie wiedzieli - obłożony był klątwą. Naszym bandom jednak nie dane było się o tym przekonać, gdyż spuszczone ze smyczy, jak ogary łowców rzuciły się sobie do gardeł, co zaowocowało powszechnym i krwawym mordobiciem na środku stołu. Wynik dla mnie był opłakany, do czego przyczyniły się w dużej mierze: mój zwyczajowy już pech w kościach i nieogarnięcie wynikające z dość długiej przerwy w grze. Co tu dużo mówić: do bólu sfeminizowana banda siostrzyczek wprowadziła nowy standard parytetów - prawie 100% płci pięknej na polu bitwy, a łowcy w całości w piachu, w dużej mierze definitywnie, co - jak można się domyślić - w efekcie końcowym skłoniło mnie do resetu bandy. Nie mniej jednak była to jedna z bardziej emocjonujących bitew w trakcie turnieju, a gra z "fair play" Pandą, z którym już od dawna nie miałem okazji zagrać, jak zawsze była czystą przyjemnością.

W drugiej bitwie, po drugiej stronie długiej i prostej uliczki tworzącej pole bitwy, pomiędzy dwoma rzędami zrujnowanych kamienic stanęli naprzeciwko mnie krasnoludzcy poszukiwacze skarbów Jarka - również zdziesiątkowani w poprzedniej bitwie i uformowani w oddział na nowo. Łowcy Czarownic, którymi dowodziłem, na widok bandy plugawych nieludzi (tak, wiem, "Wiedźminem" zalatuje ;)) zawyli równie nieludzko i w gorliwym szale, z pochodniami w łapach, popędzili im na gorące spotkanie. Triumfalna szarża załamała się jednak szybko, gdy z budynków wzdłuż uliczki zaczęli wyłazić - i to w dość pokaźnych ilościach (w szczytowym momencie na stole było ich z tuzin, bo nie nadążaliśmy z ich ubijaniem) - jeszcze bardziej plugawi i odrażający obłąkańcy, których sam widok sprawiał, iż co poniektórzy wojacy robili w gacie. Pacjenci dawnego azylium w Mordheim dość skutecznie namieszali przede wszystkim w moich szykach, ale również i długobrodym krwi trochę napsuli. Doszło do krwawej jatki na środku uliczki, wskutek której zdecydowana większość jej uczestników powędrowała bezpośrednio do piachu. Łowców na polu bitwy ostało się na koniec bitwy dwóch, czy trzech - w którymś momencie ze zdziwieniem spostrzegli, iż Khazadzi uciekają w popłochu, a sigmaryci mogą się ogłosić zwycięzcami. Zwycięstwo było jednak typowo pyrrusowe - po raz kolejny moje pechowe rzuty przesądziły o posłaniu ponad połowy bandy bezpośrednio na łono Sigmara, co pociągnęło za sobą konieczność uformowania oddziału po raz trzeci.

Wspomniany trzeci oddział Łowców Czarownic, jaki zapuścił się w ruiny Miasta Potępionych, z którego się już z reguły nie wraca, jak się rychło ów oddział zresztą przekonał, napotkał wyjątkowo ohydną i odrażającą zgraję kuglarzy i aktorzyn spod znaku Papy Nurgla dowodzonych przez Kamila. Cel: zająć większość spośród pięciu okolicznych budynków o znaczeniu strategicznym. Początkowa euforia i gorliwy szał tępienia Chaosu w każdej postaci ustąpiły miejsca niedowierzaniu, gdy sigmarycki oręż wcale niełatwo przebijał się przez owrzodzone, cuchnące i oblepione wszelakim syfem kałduny Karnawału. Po raz kolejny doszło do rzezi, w której flaki fruwały, a posoka tryskała strumieniami. W ostatniej chwili, Kaspar Hagelmann, bohaterski dowódca Łowców, obserwujący bitwę z dachu jednego z budynków, opierając się o swoją nieużywaną kuszę, wydał jednak dość przytomnie jedyny swój rozsądny rozkaz w tej bitwie, w postaci sabotażu na tyłach, co w efekcie doprowadziło do nierozstrzygnięcia, czyli remisu, między obydwoma bandami. Cóż, zawsze lepsze to niż przegrana, ale wierzcie lub nie: po raz kolejny Sigmar upomniał się o świeże dusze swoich wyznawców w liczbie aż zanadto wygórowanej, a do Mordheim wkrótce musiał się udać... czwarty już oddział!

Mając w pamięci rzezie, jakie miały niedawno miejsce pośród ruin Miasta Potępionych, po zapas Wyrdstona przybył czwarty już oddział, napotykając opór ze strony innowierców spod szyldu Gorka i Morka, którym dowodził Konrad. Słuszny i prawy był gniew wyznawców Sigmara, którzy z wielką pomstą i zapalczywością uderzyli na zielonoskórych, przerabiając ich na dżem z kiwi siłą mięśni i oręża. Przywódca orków, zagryziony przez ogara, nawet gdyby żył, nie zapanowałby nad panikującą zgrają, więc skutek mógł być tylko jeden: zwycięstwo Łowców Czarownic!

W ostatniej bitwie miałem przyjemność zagrać z Wojtkiem, z którym ostatnio grałem bodajże w 2007 czy też 2008 r. Z wielką radością przyjąłem zatem wieść, iż będziemy mogli razem zagrać, i że moi Łowcy zmierzą się z jego nieumarłą zgrają. Bój był - jak zwykle - krwawy i zacięty, a trup (zarówno nieżywy, jak i nieumarły) ścielił się gęsto po obydwu stronach. W którymś momencie każdy z dowódców już patrzył, czy to aby nie najlepszy moment, by czmychnąć z pola bitwy; tak się jednak złożyło, iż Kaspar Hagelmann podjął tę decyzję jako pierwszy, pozostawiając na stole zwycięską ferajnę wampira, dregów, ghuli i zombiaków. Co tu dużo mówić - fajnie było rozpocząć turniej bitwą z Pandą, a zakończyć bitwą z Wojtkiem  - w obydwu przypadkach przesympatyczni gracze i "klimatyczni" przeciwnicy!

Po całym dniu zaciętych bojów przyszedł wreszcie upragniony i wielce emocjonujący moment ogłoszenia wyników, które ukształtowały się następująco:

  1. Daniel "Leszczu" Leszczyński - Averland
  2. Ludwik Kopiec - Reikland
  3. Michał "Telchar" Kloss - Possessed
  4. Wojtek Krzyżanowski - Undead
  5. Piotr "Panda" Dobosz - Sisters of Sigmar
  6. Kamil Szereda - Carnival of Chaos
  7. Tomek "Kapitan Hak" Wiśniewski - Witch Hunters
  8. Piotr "Cartman" Karpiński - Reikland
  9. Karol "Karli" Wyszkowski - Possessed
  10. Jarek Prokop - Dwarf Treasure Hunters
  11. Konrad "Khanrad" Kotelczuk - Orcs & Goblins
  12. Andrzej Topolewski - Possessed

W tym miejscu chciałbym serdecznie pogratulować: przede wszystkim oczywiście Leszczowi jako zwycięzcy turnieju, ale także wszystkim pozostałym uczestnikom turnieju - wszyscy spisaliście się na medal i dziękuję Wam za przybycie i miłą grę w sympatycznej atmosferze!

Chciałbym również podziękować Raksowi za umożliwienie zorganizowania tego niezapomnianego turnieju i wszelką pomoc i wsparcie z jego strony!

Największe podziękowania kieruję jednak do Natalii :*, która zrezygnowawszy z gry, sprawowała pieczę nad całym turniejem, sędziowała, zbierała wyniki, ustalała pary, robiła zdjęcia i tuzin innych rzeczy, które miałem robić ja, ale nie robiłem, bo grałem ;)!

Na deser zapraszam do obejrzenia galerii zdjęć z turnieju (zdjęcia rozmazane i nieudane pozostawione celowo dla zaakcentowania atmosfery szaleństwa i obłędu, jaka panowała podczas turnieju):


10 komentarzy:

  1. To turniej nie miał być w grudniu?! No to przyciąłem na całego... :(:(

    Nie wiem skąd ten grudzień mi się wziął :(:(

    OdpowiedzUsuń
  2. Swoją drogą to Leszczu trochę wyrósł Misiu na takiego Twojego następcę turniejowego. To już kolejny turniej z rzędu, który wygrał lub załapał się na kolejne miejsca na pudle ;).
    Congratsy Hakostwo za ogarnięcie tematu na gościnnych występach!

    edit: musiałem usunąć poprzedniego komenta ze względu na babola ortograficznego - późna pora.

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajnie, że się nowa krew pojawia ale wielki żał, że pomyliłem daty. Może nie zapyziałem całkowicie i nie pokrył mnie jeszcze kurz Mordheim? :D

    Co do wygrywania to fakt, parę lat temu to się ostro grało :) Raptem 2-3 razy nie udało się odcisnąć stopy na pudle :P Szkoda, że teraz to głównie maluję do szuflady.

    Ogromna liczba graczy miała bandy z podręcznika. W sumie tylko DTH i Averland spoza... ciekawe. Jak pamiętam i O&G, CoC i inne się pojawiały.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dla mnie największym zaskoczeniem jest brak na tym turniej bandy skavenów , która jest podręcznikowo-turniejowym klasykiem!

    OdpowiedzUsuń
  5. Misiu, akurat bandy wymienione przez Ciebie jako te spoza podręcznika, których na tym turnieju nie było (O&G i CoC), pojawiły się ;).

    O ile dobrze liczę, spośród 15 oficjalnych band na turnieju pojawiły się reprezentacje 9, czyli prawie 2/3, co przy 12 osobach, jak mi się wydaje, jest bardzo przyzwoitym wynikiem.

    Podobnie jak Dwalthrima, również i mnie zaskoczył nieco brak skavenów, podobnie zresztą jak i Marienburga (lubiany na turniejach m.in. ze względu na dodatkowe 100 zk na starcie ;)), natomiast ucieszył brak zwierzoludzi, tym bardziej, że w ostatnich latach w Lublinie na turnieju pojawiali się regularnie.

    Z kolei brak takich band jak Kislev, Ostland, czy nawet Middenheim już mnie dawno przestał zaskakiwać, choć oczywiście miło by je kiedyś w rozgrywkach turniejowych zobaczyć :).

    OdpowiedzUsuń
  6. Sam kiedyś Kislevem wygrałem na Wojennym Młocie :) Epicka ostatnia bitwa z Reiklandem. Chyba jedna z najlepszych moich gier!

    OdpowiedzUsuń
  7. To był 2001 r. w Wa-wie , bitwa z Cartmanem, który chyba od tamtego czas rzadko kiedy wprowadza modyfikacje w swojej rozpisce - sądząc po reitingu z jakim pojechał teraz do Lublina ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. OMG... Cartman gra od 10 lat tą samą rozpiską?

    OdpowiedzUsuń
  9. Coś w ten deseń, ew. zmiany są kosmetyczne. Banda w każdym razie się nie zmienia ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Z Cartmanem grałem do tej pory 2 lub 3 razy (raz Kieslevem, raz Averlandem) i za każdym razem miał to samo... tzn. miał inne rozwoje :D:D

    W tym też upatruje jego porażki w 2001 roku. Za dużo kusz. Zero mobilności... Jak dziś pamiętam Ogra wyskakującego z zasadzki (szarża na inicjatywę) w środek strzelców i niedźwiedź z psem i treserem (sprint) flankujących z mojej prawej. Ba! Nawet w środku było epicko, jak Strzelcy, po oparciu handggun'a na halabardzie, niszczonymi pojedynczych kuszników, próbujących się przemieścić na pozycje.

    Jeszcze jedno wspomnienie z Kieslevem. I Hakiem. Bazyliszek (?). Lata temu. Moja kolejna bitwa Averlandem. Naprzeciw jakiś brodaty jegomość. Przedstawiamy się przed grą.

    - "MiSiO?" - słyszę? - "TEN MiSiO"?
    - Chyba ten - odpowiadam.
    - ...

    Później zdeklarowałem pomoc Hakowi w zaprowadzeniu do sklepiku/wydawki jedzenia. Idziemy, a Hak rozmawia przez telefon z bratem (?).

    - Ty wiesz kto jest obok mnie i z kim właśnie przegrałem? Z MiSieM! No. ... Tak! Z TYM MiSiEm! Bardzo to było miłe i od tego czasu do Haka zapałałem szczerą sympatią.

    Pytacie, gdzie tu Kieslev? Tomek grał nim przeciwko moim Czarno-żółtym. Miał chyba nawet modele od Miszcza Wałków pożyczone.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty

Polecane blogi