Zachęceni bitewniakowym sukcesem, jakim okazała się rozegrana jakiś czas temu pierwsza bitwa, wraz z Michałem Rafałem kontynuujemy kampanię "Dreadfleet".
Drugi scenariusz, pt. "The Captive in the Citadel" opowiada historię odbicia - przez kapitana Jaego Rotha i załogę okrętu "Heldenhammer" - piratki Aranessy Saltspite, kapitan statku "Swordfysh", uwięzionej w wyspiarskiej Cytadeli nieumarłych... W tym miejscu warto wspomnieć, że warstwa fabularna w "Dreadfleet" jest bardzo rozbudowana - w podręczniku do gry znajdziemy nie tylko dość szczegółowe historie każdego z kapitanów, ogólną historię konfliktu, ale również fabularne wprowadzenie do każdego scenariusza oraz związki przyczynowo - skutkowe między kolejnymi potyczkami, układającymi je w jedną spójną fabularnie kampanię.
Scenariusz, jak można się domyślić, jest konstrukcyjnie dużo bardziej zaawansowany niż pierwsza potyczka, w której de facto mieliśmy do czynienia wyłącznie z pojedynkiem dwóch statków. W tym przypadku statki są już cztery (choć pojawiają się na morskim polu bitwy stopniowo), do tego dochodzi stacjonarna, acz "interaktywna", biorąca udział w konflikcie, tytułowa Cytadela.
Jako że rozgrywamy kampanię, kontynuowaliśmy dotychczasowy podział stron, w którym Michał gra flotą "dobrych" tj. "The Grand Alliance", natomiast ja gram "złymi", czyli tytułową "Dreadfleet". Zachęcam do lektury krótkiej relacji z rozgrywki, a także obejrzenia pozostałych zdjęć, w rozwinięciu wpisu.
Bitwę ponownie rozegraliśmy u Michała, który dysponuje rozbudowanym zapleczem bitewniakowym, w tym w pełni pomalowanym egzemplarzem "Dreadfleet", a jak powszechnie wiadomo - pomalowane figurki lepiej walczą!
Warunkiem zwycięstwa dla floty "dobrych" jest - jak wspomniałem powyżej - uwolnienie piratki Aranessy Saltspite (i tym samym jej okrętu) i jej ucieczka poza pole bitwy. Wszystko to w maksymalnie sześć tur. Niezrealizowanie ww. celu oznacza oczywiście zwycięstwo "złych".
Przez pierwsze dwie tury "Heldenhammer" operuje na polu bitwy w zasadzie sam (nie licząc ewentualnych działań defensywnych Cytadeli) - pierwszy statek z "Dreadfleet" tj. "Bloody Reaver" (z wampirzym kapitanem Hrabią Noctilusem) wpływa na teatr morskich działań dopiero na koniec drugiej tury, a drugi z okrętów - "Curse of Zandri" (dowodzonym przez nieumarłego Króla Amanhotepa z Nehekhary) - dopiero na koniec trzeciej tury, co de facto oznacza, że jeden uczestniczy w 4, a kolejny w 3 turach gry.
Zgodnie zatem z logiczną koleją rzeczy, pierwszym działaniem Michała było szybkie podpłynięcie do Cytadeli (uwaga na skały po drodze!) i rozpoczęcie ataku na nią. Okazało się jednak, że mimo dość dużej siły ognia "Heldenhammera", ostrzał Cytadeli nie wystarczył do uszkodzenia jej na tyle, by uwięziona piratka mogła uwolnić się o własnych siłach - rzut obronny na 4+ twierdzy oraz zasada, że część trafień jest ignorowana sprawiły, że w wyniku ostrzału otrzymała ona tylko jedną kartę uszkodzeń, a do uwolnienia Aranessy potrzebne są co najmniej dwie. Również mój kontratak z armat Cytadeli nie wyrządził imperialnemu okrętowi dużej szkody.
Dlatego też w drugiej turze, korzystając z faktu, iż nieumarli gospodarze nadal nie wrócili do domu, Michał rzucił kotwicę przy samej Cytadeli i poza kontynuowaniem ostrzału przypuścił nań również szturm swoją załogą. Dopiero taki atak okazał się skuteczny i nie tylko doprowadził do uwolnienia uwięzionej piratki, ale również do całkowitego wyeliminowania twierdzy z dalszej gry.
Na tym etapie byłem w zasadzie niemal pewien, że Michał zmierza prostą drogą do zwycięstwa, gdyż pierwszy z moich okrętów (jak wyżej wspomniałem - flagowy okręt floty "Bloody Reaver") dopiero miał rozpocząć swoje działania na polu bitwy wraz z początkiem trzeciej tury i mógłby mieć poważny problem z dogonieniem szybkiego okrętu "Swordfysh" znajdującego się stosunkowo daleko od mojego punktu początkowego.
Los (dosłownie - mam tu na myśli talię kart "Fate") nie okazał się jednak łaskawy dla floty ludzi - statek dopiero co uwolnionej piratki został znienacka zaatakowany przez nieumarłego morskiego giganta, który - mimo charakterystykom ustępującym każdemu okrętowi - dość skutecznie i na dość długo przyblokował "Swordfysha", w zasadzie przekreślając szanse na zwycięstwo poprzez ucieczkę poza nasze morskie bitwy (w jednej turze nawet udało się Hrabiemu Noctilusowi przejąć kontrolę nad tym gigantem!).
W tym czasie szeroko zakrojone działania podjęły też moje okręty - najpierw Hrabia Noctilus ze swojego flagowego okrętu ostrzelał "Swordfysha", jednakże z dość daleka i bez większych rezultatów. "Curse of Zandri" miał więcej szczęścia - już w pierwszej turze swojego działania dość skutecznie ostrzelał "Heldenhammera", nawet przy okazji go podpalając (co zresztą spowodowało, że zerwał się z kotwicy przy Cytadeli).
Wymiany strzałów były kontynuowane w kolejnych turach, głównie ze strony moich okrętów nieumarłych, które ustawiły się od strony ruf okrętów ludzi. Uszkodzeń było sporo, ale żadne z nich nie były decydujące oraz eliminujące - trzeba wspomnieć, że w związku z faktem, że dzielą się one na kilka różnych kategorii, a same statki są relatywnie wytrzymałe, droga do całkowitego wyeliminowania z gry choćby jednego z nich jest dość długa.
Sytuację w dalszym ciągu zaczął komplikować "los" - mieliśmy parę nadprzyrodzonych zjawisk jak złowrogą pełnię Morrslieba, złego księżyca Chaosu, że tak to ujmę, która spowodowała dalsze uszkodzenia okrętów (m.in. "Curse of Zandri" stanął w ogniu!), że nie wspomnę o tym, iż manewrujący "Heldenhammer" został jednocześnie zaatakowany przez dwa morskie potwory - kościaną hydrę i pijawkowego żmija, czy jak nazwę tego gadźctwa przetłumaczyć. Wprawdzie stwory te są raczej za słabe, by nawet we dwójkę zatopić okręt tej klasy co flagowa jednostka kapitana Jaego Rotha (nawet pomimo jego wcześniejszych uszkodzeń), ale na pewno mogą mocno przeszkodzić i zatrzymać go na co najmniej całą turę, wiążąc go walką.
Ciekawym motywem pobocznym było też wypuszczenie przez "Swordfysha", w kierunku "Bloody Reavera" małego okrętu z zabójcą na pokładzie, który miał za zadanie ubicie mojego dowódcy. Chociaż wampir wyszedł z pojedynku obronną ręką, odniósł jednak w nim pewne rany.
Końcówka gry, ukazana na ostatnim z poniższych zdjęć, przebiegła pod znakiem ciężkiego wzajemnego ostrzału i wzajemnego abordażu "Heldenhammera" oraz "Bloody Reavera" (było nawet parę wydarzeń pobocznych, jak np. wpadnięcie załogi ludzi w szał po ubiciu przez nieumarłych ulubionego zwierzaka pokładowego), gdzieś tam też coś dodatkowo wybuchło i zginął pierwszy oficer, oraz ostrzału "Swordfysha" przez "Curse of Zandri". Nieumarłe morskie potwory na tym etapie były już definitywnie martwe.
Innymi słowy, w związku z faktem, iż przez sześć tur okręt Aranessy Saltspite nie opuścił pola bitwy, zwycięstwo okazało się jednak moim udziałem.
Co ciekawe, rozegraliśmy jeszcze jedną, dodatkową, siódmą, turę gry, ale okazało się, że nadal nie przyniosła(by) ona żadnego rozstrzygającego efektu (żaden okręt nie zatonął, a "Swordfysh" nadal nie uciekł poza pole bitwy) - jedynym nieco bardziej spektakularnym wydarzeń, choć pozostającym bez większego wpływu na rozgrywkę, była śmierć (albo przynajmniej umowne, "mordheimowe" "out of action" ;)) kapitana Jaego Rotha z rąk Hrabiego Noctilusa.
To by było chyba na tyle - przyznam, że rozgrywka była na tyle bogata w wydarzenia, że nie mam pewności, czy czegoś nie przekręciłem, czy pominąłem, ale główne zarysy udało mi się chyba ująć.
Zapraszam zatem do obejrzenia zdjęć z rozgrywki:
Uzupełniając jeszcze powyższą relację o kilka słów ogólnego podsumowania, ponownie muszę wyrazić swoje wielkie uznanie dla "Dreadfleet" jako gry klimatycznej i emocjonującej, zawierającej wprawdzie liczne elementy nieprzewidywalne i losowe, jednakże nadal pozostawiającej graczom duże pole manewru pod kątem taktycznym.
Nie bez znaczenia była interesująca warstwa fabularna sprytnie przeniesiona w mechanikę gry. Pomimo faktu, iż każda ze stron dowodziła raptem dwoma okrętami, działo się na stole naprawdę sporo. Aż zacieram łapę z hakiem, myśląc o jeszcze większych bataliach!
Inna sprawa, że taka rozgrywka krótka nie jest - nam wyszło grubo ponad dwie godziny, mimo iż to nie była jakaś wielka batalia - być może dałoby się szybciej, ale po dopiero dwóch bitwach nadal relatywnie często musimy zerkać do zasad. Na pewno w tym kontekście trzeba jednak pochwalić fakt, iż gra jest przemyślana pod kątem zawartości - wszelkie karty, znaczniki itp. są pod ręką i niewątpliwie usprawniają i umilają rozgrywkę.
Co tu dużo jeszcze pisać, bawiłem się świetnie, dziękuję Michałowi za bardzo udaną grę i z niecierpliwością wypatruję już kolejnych rozgrywek!















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz