Szukaj na tym blogu

Archiwum Bloga

Subskrybuj przez Email

Odsłony bloga

Współtwórcy

Obserwatorzy - Google+

Obserwatorzy - Blogger

Translate

27.03.2010

Niech zapłoną stosy! - Czyli banda Łowców Czarownic

Dziś coś zapowiadanego, choć może nie do końca spodziewanego... kolejna banda do Mordheim – łowcy czarownic. Nie wiem, od jak dawna nad nią pracuję (to znaczy głównie to nie pracuję, ale od jak dawna), ani jak wiele lat mają te figurki. Same modele to nic niezwykłego, a może właśnie dlatego są niezwykłe, bo jest to komplet oryginalnych metalowych witch hunterów do Mordheim. Udało nam się zdobyć wszystkie figurki do tej bandy. Dodatkiem nie z GW są tu popularne pieski z Chronopii, lekko konwertowane, by bardziej się od siebie różniły. Sporo figurek ma zresztą małe dodatki w postaci np. kusz.
Obiektywnie oceniając tę bandę, uważam że jest na poziomie przyzwoitym, choć poniżej mojego maksymalnego (obecnie). Spieszę wyjaśnić, dlaczego. Bandę zaczęłam w przybliżeniu jakieś 2 lata temu, albo więcej. Oczywiście malowałam najlepiej jak umiem, ale nie ukrywajmy – sporo się od tych czasów zmieniło. Po jakimś czasie wróciłam do malowania tych figurek i uderzyły mnie różnice pomiędzy starymi i nowymi modelami. Po jakimś czasie i kolejnym „skoku malowania” te różnice się pogłębiły i wiedziałam już, że trzeba będzie przemalować, albo co najmniej poprawić najstarsze figurki. Oczywiście, takie „cofanie się w rozwoju” wcale nie zachęcało do skończenia prac... W zeszłym tygodniu wypakowałam bandę z walizki. Zdecydowałam się nie przemalowywać gruntownie żadnego z modeli. To, co zrobiłam, to przemalowałam skórę wszystkim starym figurkom (różnica była diametralna) i przemalowałam sporo szatek celem poprawy techniki i ujednolicenia kolorystyki (nie wiem, skąd mi się wziął flagellant w turkusowej szatce). Poprawek było co niemiara, lecz w końcu udało się ich dokonać. Po domalowaniu księżulka i ostatniego z łowców banda jest gotowa. Mimo drobnych różnic dość spójna i o spokojniejszej kolorystyce, niż Karnawał Chaosu. Na pewno na oklaski zasługuje Kapitan Hak, który postanowił się wreszcie nauczyć profesjonalnej obróbki zdjęć i siedział dziś nad tym bardzo długo - a obiecuje tak samo obrobić fotki poprzednich i przyszłych band i figurek... Zaś sama banda, no cóż. Mam nadzieję, że mimo wszystko cieszy oko :).
***
- Na koniec pomódlmy się wszyscy o szczęśliwe życie po śmierci u boku Sigmara dla naszych braci, Georga i Martina. Oby ich śmierć była jedynie początkiem prawdziwej służby naszemu panu.
Ojciec Dietrich wzniósł ręce ku niebu i zaintonował starą pieśń. Nie mógł dziś skupić się na modlitwie. Jego uwagę rozpraszał młody człowiek, który od dłuższego czasu przypatrywał się obrzędom, stojąc z boku. Mógł mieć najwyżej trzydzieści lat. Ubrany w czerwony płaszcz i wysokie skórzane buty, z tak błyszczącym, dwuręcznym mieczem, wyglądał tak czysto... tak, jakby nigdy jeszcze nie służył podczas wojen ze sługami Chaosu. Ojciec Dietrich pokiwał głową. Jeśli to miał być ten przysłany z Altdorfu człowiek, to ktoś musiał się pomylić. Siłom w Mordheim potrzebny jest prawdziwy dowódca. Weteran. Nie wystarczy ktoś, kogo wyszkolono jak każdego i kto osiągnął choćby i nieprzeciętne wyniki w nauce.
Po zakończeniu modlitwy fanatycy udali się na krótki spoczynek. Nie mieli w zwyczaju spać długo. Zwykle przed świtem zrywali się i szli odprawiać swoje rytuały związane z biczowaniem i innymi rodzajami dręczenia ciała na rzecz czystej duszy. Reszta łowców pozostawała jeszcze krótko przy ognisku, nim rozchodzili się do namiotów. Ojciec Dietrich podszedł do młodego człowieka.
- Długo już tu stoisz, młodzieńcze – odezwał się. - Czy coś cię sprowadza do naszego obozu?
- Wybacz, ojcze – odrzekł tamten. - Nie chciałem przeszkadzać. Nazywam się Kaspar Hagelmann. Przysłano mnie z Altdorfu. Zdaje się, że niedawno prosiliście o nowego dowódcę ze względu na wyjazd poprzedniego.
- Taaak... - Ojciec Dietrich spojrzał w stronę ogniska. - Paul miał wyjechać, jak tylko przybędzie nowy dowódca. Został wezwany do Altdorfu. Zapewne wróci do nas za jakiś czas. Prawdę mówiąc, spodziewałem się, że przyślą kogoś... starszego. - kapłan w ostatniej chwili powstrzymał się od słów „kogoś bardziej doświadczonego”.
Kaspar uśmiechnął się lekko, jakby domyślił się jego obaw.
- Nie słyszeliście o mnie, ojcze. - odparł. - Służę Sigmarowi dłużej, niż ci się może wydawać. Byłem jedną z sierot uratowanych w Neumarkt.
- Ach! - zawołał Dietrich. - Oczywiście, spalenie Neumarkt... Byłem wtedy młodym kapłanem, uczono mnie o tym jako o przykładzie całkowitego braku litości ze strony sług Chaosu. Sierota? Odesłano was, zdaje się, do...
- Do Finsterbergu. - dokończył Hagelmann. - Kilka lat później kierowałem obroną sierocińca.
- Słynna obrona Finsterbergu – rzekł z podziwem kapłan. - Toć pieśni i legendy o tym powstały! „Dziateczki Sigmara ratunek przyniosły, niewinnością swoją zwycięstwo odniosły...”. Tyś kierował obroną?
- Tak. Miałem wtedy piętnaście lat.
Ojciec Dietrich spojrzał na młodzieńca z szacunkiem. Nie, to na pewno nie był byle wymoczek świeżo po szkoleniu. Być może był to najlepszy możliwy wybór, wysłać do Mordheim kogoś, kto już jako dziecko widział okrucieństwo i zniszczenie, spowodowane przez Chaos. Obrona sierocińca w Finsterbergu to jedna z najbardziej krwawych bitew ostatniego dwudziestolecia – nie z powodu liczby walczących, bo nie brały w niej udziału wojska, lecz z powodu zaciekłości obrońców, w większości dzieci i ich opiekunów, zaskoczonych nagłym atakiem.
- Niech ci Sigmar błogosławi, w takim razie – odrzekł ojciec Dietrich. - Myślę, że możesz udać się do namiotu. Przygotowaliśmy dla ciebie posłanie. Rano ruszamy do północnej części miasta i potrzebujemy wypocząć. Inni bracia już śpią, więc poznasz ich jutro rano.
- Spokojnego snu, ojcze – powiedział Kaspar.
Młodzieniec pewnie wkroczył do wskazanego namiotu. Nad obozem łowców czarownic – i nad całym przeklętym miastem, które się przed nim rozciągało – zapadła już czarna i ponura noc. Z pobliskich lasów słychać było te same co zwykle, niepokojące porykiwania i wycie, lecz to nie ten las był największym niebezpieczeństwem w okolicy. Prawdziwe zło czaiło się w ruinach miasta. Miasta, które zostało ukarane przez Sigmara za wszystkie najpotworniejsze ludzkie grzechy. Właśnie tam kierowała łowców ich misja. Ojciec Dietrich zabrał się do gaszenia ognia. Pozostało już niewiele godzin do świtu. Trzeba było odpocząć.
*
Kaspar zbudził się gwałtownie. Szczelny materiał namiotu nie przepuszczał światła, lecz ledwie odchylił dłonią tkaninę, ujrzał pierwsze promienie słońca, padające na niedalekie ruiny. Dźwięk, który zbudził młodego łowcę, nie był przyjemny. Śpiew fanatyków, podobny do potępieńczego wycia heretyków palonych na stosie, przejmował go dreszczem. Pieśń jednocześnie była straszna i radosna – tak jakby ci ludzie cieszyli się na nieszczęście, które miało nadejść.
- Dobrze, że wstałeś, Kasparze – powiedział ojciec Dietrich, wręczając Kasparowi kawałek chleba i zimną pieczeń z wczorajszej wieczerzy. - Niedługo ruszamy.
- Sądziłem, że tylko fanatycy budzą się o świcie – łowca czarownic ziewnął przeciągle. - Czy plany się zmieniły?
- Istotnie – kiwnął głową kapłan. - Nasze psy zwęszyły charakterystyczny odór nieopodal bramy miasta, bracie. Odór, na który zawsze reagują tak samo. Smród gnijących zwłok. A ja, mój drogi bracie – westchnął Dietrich. - Ja dobrze wyczuwam to, czego nie wyczuwają psy ani żaden z was. Gdzieś w pobliżu jest nekromanta, który kieruje tymi zwłokami.
- A zatem będziemy mieli do czynienia z... nieumarłymi? - zapytał ostrożnie Kaspar.
Obawiam się, że to więcej niż pewne. - odrzekł Wolfgang, jeden z łowców czarownic, który właśnie podszedł do Dietricha i Kaspara. - Zbierajcie się, ojcze i bracie. Wycie nieumarłych wilków słyszę nawet z tej odległości.
Kaspar podniósł się ciężko, spoglądając na miasto. Świt nie sprawił, że ruiny wyglądały przyjaźniej czy bezpiecznej. Przeciwnie – światło, które zdołało się wkraść do miasta, wydawało się splugawione, złowieszcze. Wśród zrujnowanych ścian zaczęły tańczyć dziwne cienie... 

***









6 komentarzy:

  1. To, jak malowane są żółto-brązowe i kremowo-białe kolory flagellantów, powoduje ukłucie zazdrości... Nie bardzo pasują te niebieskie tła ale banda jest śliczna.

    Przypomnisz mi jeszcze raz, kombinacją jakich kolorów malujesz żółty?

    OdpowiedzUsuń
  2. Żółty to bubonic brown, charred brown z Vallejo (zastosowany jako wash) i deep yellow Vallejo jako ostateczne rozjaśnienie :)

    Dziękuję - banda jest przyzwoita moim zdaniem, ale jeśli posuwasz się do określenia "śliczna" to miło mi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo, bardzo przyjemne malowanie. Ciekawie wykonane podstawki - generalnie high level :)Ja zaraz wstawiam Kartagińczyków (w końcu!) :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo fajnie wreszcie zobaczyć Waszych łowców. Kolorystyka trochę mnie zaskoczyła, ale daje rade ;). Popracowałbym nad ogniem (obecnie wygląda trochę płasko)- jakoś przyciemnić ten żółty i dodać czarne smugi na końcach płomieni. I aż się prosi o jakieś rozjaśnienia od ognia, które prezentowałaś na innych figurkach! Duży + za świetne podstawki i ukłony w stronę Kapitana z fotki!

    pzdr.600 ;P

    OdpowiedzUsuń
  5. Kolorystyka? A co w niej dziwnego? ;) Brązy, czerwienie, biały/kremowy, chwilami żółty, trochę czerni... no i kolor pokuty - fiolet (zwany też purpurą).

    SL chciałam nawet zrobić (kiedyś, w czasach jak zaczynałam bandę), ale Hak chciał zostawić jak jest, a i ja się w pewnym momencie do tego przekonałam. Co innego, jak jeden model na miarę najemnika czy dramatisa ma rozjaśnienia od ognia, a w bandzie trochę to miesza w efekcie ogólnym.

    Żółty od ognia wyszedł dziwnie na zdjęciach. Faktycznie chwilami wygląda, jakby przechodził bezpośrednio w czerwień :) Tymczasem jest to pełna gama przejść między białym, żółtym, pomarańczowym a czerwonym. Fotografowanie ognia to generalnie ciężka sprawa, gorzej się trzeba namęczyć niż z czerwienią. Może przy następnych figurkach się uda to zrobić lepiej.

    A czarne smugi na końcach płomieni nie wyglądają dobrze. Nie jest to realistyczne ani fajne, naprawdę. Chyba, ze coś się kopci na brudno, a nie pali żywym ogniem, ale to nie ta sytuacja.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem zwolennikiem malowania figsów raczej w ciemnych barwach (czerń, różne odcienie brązu itd.), w myśl zasady "brudni, brzydcy i zieloni" ;P- w końcu to ponury Stary Świat. Zwłaszcza jeśli idzie o Łowców, ale ta purpura nawet tu pasuje. Co innego Karnawał - tam można sięgnąć po farbki nawet rzadko używane :D
    W kwestii ognia przekonałaś mnie Natalio, pewnie kwestia zdjęć.

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popularne posty

Polecane blogi