Całe wieki już minęły od ostatniej mojej wzmianki o obecnie już chyba nieco zapomnianej grze "Dreadfleet" - lata też minęły od ostatniej rozgrywki. Trochę smutno, gdyż pudło z grą się kurzyło, w środku niepomalowane modele, choć cały czas gdzieś z tyłu głowy miałem myśl, żeby do tego tytułu wrócić, pomalować, rozegrać całą kampanię...
Tymczasem życie pisze swoje scenariusze i okazało się, że do "Dreadfleet" wróciłem w zupełnie innych okolicznościach niż bym się tego spodziewał. Otóż w zeszłe wakacje, zupełnie niespodziewanie, po bardzo wielu latach, w sielskiej scenerii muszyńskiej, spotkałem mojego starego druha i towarzysza broni jeszcze z czasów licealnych (i z czasów początków partii) Michała Rafała J., który to, długie lata temu, jako pierwszy zaprezentował mi m.in. "Mordheim", i który walnie się przyczynił do rozpoczęcia mojej przygody z grami bitewnymi, a którego część z Was być może kojarzy z różnych wydarzeń związanych z grami bitewnymi (jak choćby z turniejów "Długobrody" u Karola, gospodarza bloga "Stary Najmita").
O samych miłych okolicznościach i pozytywnych skutkach zeszłorocznego spotkania można by długo pisać; na dzień dzisiejszy wspomnę tylko, na potrzeby dzisiejszego wpisu, że kontynuujemy wspólnie batalię bitewniakową, knujemy wojnę, a jedną ze wspólnych inicjatyw jest właśnie rozegranie całej kampanii (tj. 12 scenariuszy, plus ew. mniej czy bardziej oficjalne dodatki) owej marynistycznej grimdarkowej gry z pogranicza planszówki i bitewniaka.

Na chwilę obecną jesteśmy dopiero po pierwszej bitwie i przyznam szczerze, że odbyła się już jakiś czas temu, niemniej jednak, zanim rozegramy drugą bitwę, dla porządku (i z kronikarskiego obowiązku, jak to ostatnio ładnie ujął Wielebny Rafael), prezentuję w rozwinięciu wpisu krótką (foto)relację z tej rozgrywki.
